Lanzarote – drugi raz – Famara i okolice

My i Nasze

Famara, a dokładnie La Caleta de Famara to mała wioska rybacka na północno-zachodnim brzegu Lanzarote. To jedna z najpiękniejszych plaż na wyspie, ale z uwagi na silne wiatry pływanie tu nie jest dobrym pomysłem (chyba że jesteś serferem:) Byliśmy tu przejazdem podczas pierwszej wizyty na Lanzarote, ale z racji tego, że świeciła nam się co jakiś czas kontrolka od hamulców pognaliśmy w stronę lotniska wymienić auto na inne i już nie wróciliśmy (do teraz:)

W La Caleta roi się od szkół i wypożyczalni sprzętu dla surferów, jest też kilka przytulnych knajpek i parę sklepików, jest też ciekawostka architektoniczna – jeden z pierwszych domów wybudowanych na wyspie.

Jego właścicielem był Luis Ramirez – „bogaty dżentelmen” z San Bartolome, który uratował wiele budynków przed zniszczeniem. Paradoksalnie teraz jego dom niszczeje i nie ma kto go ocalić. Wiecej info można uzyskać pod adresem: https://lanzaroteinformation.co.uk/unusual-house-in-famara/

Wioska wioską, ale co jeszcze?

Jeśli znudzi Ci się szwędanie po Famarze (a może to nastąpić dość szybko, bo jest naprawdę mała:) i masz odpowiednie buty polecam spacer wzdłuż plaży. Najlepiej przejechać autem w najdalsze dostępne miejsce mijając po drodze bungalowy i stamtąd rozpocząć wędrówkę. Ja nie wiedziałem co jest na końcu, ale zobaczyłem na maps.me „water house” i ciekawość nie pozwoliła mi tego nie sprawdzić:)

Początek trasy wyglądał tak jak na zdjęciu wyżej. Masa kamieni, im dalej tym gorzej się szło, ale ciekawość (dotatkowo spotęgowana tym, że szło tam za mną kilku hiszpanów, a jak już „miejscowi” tam idą to musi to być coś fajnego, nie?:) wzięła górę. Jak już bardzo źle mi się szło znalazłem odbicie w górę, które jak się później okazało prowadziło do czegoś w rodzaju szlaku (w skrócie – brak kamieni, tylko wydeptana ścieżka… tyle wygrać;)

Od tego momentu szło się znacznie lepiej, a przede wszystkim szybciej, widziałem z góry jak męczą się wspomniani wcześniej Hiszpanie (w międzyczasie przebrali buty z plażowych klapeczek na trekkingowe sandały;) Po jakichś 15 minutach zobaczyłem tabliczkę w stylu „nieupoważnionym wstęp wzbroniony”, ale Hiszpanie nie wyglądali na przedstawicieli lokalnych władz wiec poszedłem sprawdzić czym jest ten cały „water house”.

Ładny, nieprawdaż? Jeśli wierzyć informacjom lokalnych przewodników google miejsce to służyło do pozyskiwania wody z wilgotnego powietrza i przestało pełnić tę funkcję wraz z powstaniem pierwszgo zakładu odsalania wody morskiej (stąd pewnie wszechobecna woda i nazwa „Casa del Aqua”, jest tam naprawdę ślisko). Później podobno było kryjówką lokalnego „poszukiwanego”. Na szczęście go nie zastałem, został po nim tylko worek treningowy:)

A tak wyglądała trasa powrotna (gdybym od razu nią poszedł pewnie byłoby szybciej). Calość można pokonać w godzinkę z niewielkim „hakiem”.

Zapraszamy na film 🙂