Pierwszy urlop z Hanią czyli nie ma tego złego

Miało być morze

Na wrześniowy urlop planowaliśmy wybrać się pierwszy raz nad morze (pierwszy raz autem, z psem i z dzieckiem :). Wstaliśmy o 3 w nocy, Hania bez problemu dała się przetransportować do auta, dostała mleko i usnęła. Ruszyliśmy o 3:30 i nic nie wskazywało na to, że się nie uda. A jednak.

Chwilę po 4tej na płatnym odcinku autostrady A4 Kraków -> Katowice najechaliśmy na leżącą na prawym pasie podstawę znaku. Efekt? Skrzywiona felga, ponad godzina postoju w oczekiwaniu na: policję, obsługę autostrady i pomoc drogową. Pan laweciarz miał już na pokładzie Alfę, która najprawdopodobniej najechała na przeszkodę jako pierwsza (też jechali nad morze). Po zmianie koła na dojazdówkę wróciliśmy umęczeni do domu. Próbowałem jeszcze dzwonić po wulkanizatorach w nadziei że mimo niedzieli ktoś jest w stanie wyprostować nam skrzywioną felgę, ale niestety się nie udało. Żeby nie przedłużać napiszę tylko że po wyprostowaniu felgi w przednim kole i próbie przełożenia opony do tyłu okazało się, że tylna też jest pokrzywiona.

Plan B

Z niedzieli zrobił się wtorek, od czwartku nad morzem załamanie pogody więc uznaliśmy że odpuszczamy morze i jedziemy w góry. Plan: zostawiamy Secika z mamą i bratem Ewy, jedziemy na pierwszej drzemce Hani, a po drugiej ruszamy na Rusinową Polanę. Co mogło pójść nie tak? Hania spała długo (górskie powietrze robi robotę) i po sprawdzeniu kiedy zachodzi słońce policzyliśmy że żadnym ze szlaków nie wyrobimy się przed zachodem.

Plan C

Wróciliśmy więc do miejsca, w którym spaliśmy i za namową gospodarza postanowiliśmy wspiąć się na “górkę za domem” w poszukiwaniu lepszego widoku na tatry niż z okna w naszym pokoju, z którego widać było same czubki szczytów. Górka okazała się być dość stroma, Hania protestowała więc trzeba było ją wyjąć z nosidła i nieść na rękach pod górę. Ani wszechobecne krowy, ani kot który nas śledził nie był w stanie odwrócić jej uwagi od nieszczęścia. Po około 30 minutach dotarliśmy na miejsce – Suchowiański Wierch (985).

W czwartek po śniadaniu trzeba było się pakować i wracać do Secika. Pozostał lekki niedosyt, zwłaszcza że 2 dni tygodniowego urlopu spędziłem na doprowadzaniu samochodu do stanu używalności. W piątek co prawda udało mi się jeszcze pojechać na grzyby, ale to dalej za mało. Postanowiłem więc wydłużyć urlop o kolejny tydzień i o tym będzie kolejny wpis. Dobranoc.